Gotycki kościół klasztorny wypełniały smoliste mroki najdłużej nocy w roku. Gdy ostrołukowy portal zakrystii przekroczyli trzej mnisi, kantor zaintonował introit: Chłopiec nam się narodził i Syn jest nam dany. Na Jego ramionach władza królewska, a Jego imię: Wielkiej Rady Wysłannik. Śpiewajcie Panu pieśń nową, gdyż dokonał cudów. Opat Adam Wolfgang ciężko stąpał ku stopniom ołtarza głównego. Miał na sobie białą tunicelę i dalmatykę, śnieżny ornat, cały wyszywany srebrnymi i złotymi nićmi, a jego barki dociążała kapa o barwie najczystszego alabastru. Po bokach prałata, po piaskowcowej posadzce szli diakon i subdiakon. Widzieli już przed oczyma mensę ołtarza, przykrytą trzema obrusami, na których stały srebrne świeczniki. W centrum predelli ukrył się niewielki obraz Hodegetrii, odbijając blask siedmiu płomyków świec. Gdy subdiakon rozpoczął pierwsze czytanie, w głowie opata Adama kotłowały się myśli o wydarzeniu, które miało miejsce równo tydzień wcześniej. Nagle jego ciało przeszył dreszcz, gdy usłyszał słowa proroka Izajasza: Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką.

Trwał piąty rok wojny, którą potomni nazwą trzydziestoletnią, a przed oczyma duszy opata pojawiały się wspomnienia niedawnych zdarzeń, jak mieszczanie z Chełmska zamordowali opata Marcina Clavei, czy listopadowy najazd na klasztor oddziału lisowczyków. Bo każdy but pieszego żołnierza, każdy płaszcz zbroczony krwią, pójdą na spalenie, na pastwę ognia – chrypkim głosem deklamował dalej subdiakon. Wargi opata poruszyły się, powtarzając słowa Ujrzał światłość wielką, a wzrok utkwił w postaci młodego zakrystiana Matthäusa Maursa Francke.

            Dnia 18 grudnia 1622 r. zimne podmuchy wiatru próbowały przedostać się przez nieszczelne okna zakrystii. Filigranowe płatki śniegu oblepiły tafle szyb i ich ołowiane spojenia, tworząc kunsztowne wzory. Na kamiennej posadzce klęczał młody mnich Matthäus. Pomimo modlitewnej pozycji właśnie realizował drugą część dewizy zakonu – Ora et labora. Mnich przez długie godziny żmudnie naprawiał stare płyty posadzki. Mroki rozświetlał tylko niewielki kaganek, który zakonnik postawił obok siebie, a ciszę przerywał tylko śpiew wiatru za nieszczelnymi oknami. Zabudowania klasztorne zaczął wypełniać spiżowa melodia dzwonu, zwołującego cystersów na wieczorną kompletę. Matthäus wstał i obrócił się w stronę drzwi wejściowych, wykonanych z matowego, czarnego drewna. W tym momencie zastygł w przerażeniu. Nie miał wątpliwości, że widzi smugę światła padającą na pękniętą posadzkę. Budził w nim trwogę fakt, że smuga nie miała naturalnego źródła - przecież słońce już dawno zaszło. Światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła – przypomniał sobie werset z prologu Ewangelii św. Jana. Padł na kolana, unosząc kamienną płytę. Pod nią, grube grudy ziemi oblepiały zmurszałą, dębową skrzynię. Niezwykła światłość zgasła, a wieczorną pomrokę znów rozświetlał tylko kaganek.

 

Zaniepokojony absencją mnicha na komplecie opat Adam przekroczył próg zakrystii. Gdy jego wzrok przyzwyczaił się do mroku, dostrzegł na środku pomieszczenia zakapturzoną postać. Matthäus trzymał w dłoniach bizantyjską ikonę. Oczy Bogurodzicy wpatrzone były w najgłębsze zakamarki jego duszy. Hodegetria - ta która wskazuje. Ta, która prowadzi. Jej dłoń wskazywała na serce i na Chrystusa - dwa bijące źródła łaski. 

Program Święta światła