Dawne metody ratowania zabytków dzisiejszych konserwatorów przyprawiłby o palpitacje serca. Szczególnie w XIX wieku, kiedy doktryny konserwatorskie dopiero się krystalizowały. W opactwie krzeszowskim też mieliśmy takie perełki - 1873 r. nie wiedząc jak zagospodarować dwa skrzydła gotyckie klasztoru, saperzy wysadzili je w powietrze. Nawet nie zostały rozebrane, tylko wysadzone - aby zredukować koszty. Na szczęście późniejsi administratorzy klasztoru oszczędzili mu tak drastycznych działań. Ale nawet w okresie międzywojennym skuwano w Krzeszowie freski Willmanna. Ale na szczęście nie dlatego, że nimi gardzono i nie doceniano Śląskiego Rembrandta.  

 

Współcześnie wchodząc do kościoła p.w. św. Józefa możemy zachwycać się barokowym horror vacui - strachem przed pustką. W XVII wieku warsztat willmannowski pedantycznie wypełnił wolną przestrzeń na sklepieniach i kaplicach dekoracją ornamentalną. Nie minęło nawet stulecie, a nadchodzący klasycyzm rozmiłował się w amor vacui - umiłowaniu pustki. Z tego powodu opat Placyd Mundferning zdecydował się w 1775 r. na pokrycie białym tynkiem ornamentów w formie liści akantu, a ów zabieg miał również podkreślić architekturę budowli. W takim stanie świątynia dotrwała do okresu międzywojennego.

Dzięki zaangażowaniu benedyktyna o. Nikolausa Lutterottiego, będącego klasztornym archiwistą, podjęto się prac nad ratowaniem kościoła p.w. św. Józefa. Zauważono w świątyni zawilgocenie murów, czego skutkiem było pudrowanie się tynku z freskami. Aby uchronić malowidła przed dalszym zniszczeniem, zdecydowano się w 1937 r. na wykonanie odwodnienia i opaski z bruku wokół świątyni. Miano jednak świadomość, że niezbędne są gruntowne prace renowacyjne we wnętrzu świątyni.

W 1938 r. rozpoczęto starania o kompleksową renowację kościoła p.w. św. Józefa. Obowiązek konserwacji świątyni należał do władz państwowych, ponieważ prawnie to państwo pruskie było właścicielami budowli. Benedyktyni zobowiązani byli do utrzymania świątyń w należytym stanie, a tak szerokie prace znacząco wykraczały poza ten obowiązek. Jesienią przeprowadzono prace rozpoznawcze pod kierownictwem Johannesa Drobeka (1887 - 1951), absolwenta Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, czynnego głownie jako konserwator i malarz polichromii. Zaplanowano odświeżenie fresków Willmanna, a taki projekt pozytywnie zaopiniował prowincjonalny konserwator zabytków Gunter Grundmann. W 1939 r. Drobek odnowił dwa duże freski z cyklu radości i smutków św. Józefa.

Przy tej okazji rozważano koncepcję, czy nie należy odsłonić dekoracji ornamentalnej, zatynkowanej w 1775 r. Latem 1939 roku Johannes Drobek wykonał próbę, polegającą na usunięciu tych pobiał. Efekty były na tyle dobre, że zdecydowano się na kontynuację tych prac w całym wnętrzu kościoła. Postanowiono, że oprócz odsłonięcia ornamentów, będą przeprowadzane prace konserwatorskie przy przedstawieniach figuralnych. W zbiorach krzeszowskiego muzeum znajduje się list Drobeka z 6 listopada 1939 r., w którym relacjonuje prace przy polichromiach w Krzeszowie (na ilustracji). Szeroko zakrojone roboty konserwatorskie rozpoczęto w 1940 r. Próbnie zostały najpierw odsłonięte dekoracje we wnęce przedstawienia: św. Józef znajduje Jezusa w świątyni. Następnie pracowano na łuku tarczowym nad emporą organową. Jednocześnie w ciągu lata 1940 r. odnowiono okna z pomocą finansową rejencji legnickiej.

Od grudnia 1941r. wstrzymano prace malarskie z powodu mrozu. Johannes Drobek przeprowadził oczyszczenie i konserwację wszystkich scen figuralnych. Natomiast w wypadku ornamentów wykonał nie tyle konserwację odkrytych spod pobiały oryginałów, ale przykrył je w dużym stopniu rekonstrukcją, którą oparł o odsłonięte fragmenty. (Koloryzowany projekt tej rekonstrukcji znajduje się w zbiorach sióstr benedyktynek). W pracach konserwatorskich Drobekowi pomagały jeszcze dwie osoby. Najwięcej problemów konserwatorom sprawiła polichromia w apsydzie prezbiterium. Fresk Radość św. Józefa z pokłonu trzech króli był uszkodzony z powodu azotanu potasu w swojej środkowej części. Z tego powodu Drobek zdecydował się skopiować 3 - 4 m² obrazu na papier, a uszkodzony fresk skuł. Na to miejsce w technice al fresco zrekonstruował polichromię. Prace trwały do jesieni 1944 r.

Dzięki wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego trwają w bieżącym roku pracę przy V przęśle sklepienia kościoła p.w. św. Józefa. Okazuje się, że również i w tym miejscu niefortunnie interweniował Drobek. W figuralnym przedstawieniu św. Rodziny, prawy dolny róg, stanowiący ok. 1/9 malowidła, został przed Drobeka skuty i ponownie wykonany w technice fresku. Jak częste były takie interwencje w innych miejscach sklepienia - obecnie trudno to stwierdzić. Możliwe jest to tylko przy wnikliwym badaniu konserwatorskim. Można bowiem pomylić takie ,,łatki” z tak zwanymi dniówkami malarskimi, które specjalnie były planowane przez warsztat willmannowski.

Z dzisiejszej perspektywy działania Drobeka wydają się niewłaściwe i zbyt daleko idące - ponieważ zniszczono cześć zabytku, aby dokonać jego rekonstrukcji. Jednakże tym szerokim pracom zawdzięczamy przywrócenie pierwotnego, barokowego piękna kościoła p.w. św. Józefa. Tym większa jest rewerencja dla konserwatorów i benedyktynów, gdy mamy świadomość, że prace były prowadzone w czasie wojny i jednocześnie dokonywano także konserwacji fasady kościoła mariackiego.  

K.M.