• 01.jpg
  • 02.JPG
  • 03.JPG
  • 04.JPG
  • 05.JPG
  • 06.JPG
  • 07.JPG
  • 08.JPG
  • 09.JPG
  • 10.JPG
  • 11.jpg
  • 12.JPG
  • 13.JPG
  • 14.JPG
  • 15.JPG
  • 16.JPG
  • 17.JPG
  • 18 mini.JPG
  • 18.JPG
  • 19.JPG

W szpitalu klinicznym Dzieciątka Jezus w Warszawie dokonuje się zabiegów przerywania ciąży wobec nienarodzonych dzieci, u których w badaniu prenatalnym stwierdzono wady genetyczne np. zespół Downa. Dzieci, które rodzą się po takim zabiegu żywe, umieszczane są w cieplarce, a szpital nie chce odpowiedzieć, co to znaczy. Wszystko odbywa się zgodnie z polskim prawem i zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).

Po dokonanym zabiegu dziecko jeszcze żyło. Lekarze zostawili je, by zmarło z pragnienia i głodu. To nie scena z thrillera, ale praktyka w klinikach aborcyjnych w Norwegii i USA. Co szóste dziecko po wywołanym sztucznie poronieniu rodzi się żywe. Niestety, medycy skazują je na śmierć w męczarniach. Dramat dotyczy zazwyczaj tzw. aborcji eugenicznych – przerywania ciąży z powodu wad genetycznych płodu. Do organizacji broniących życia w Polsce zgłaszały się osoby, zdaniem których skandaliczny proceder odbywa się również w naszym kraju. Niestety, żadna z tych osób nie zgodziła się na wypowiedź pod nazwiskiem. Do ich informacji należy więc podchodzić bardzo ostrożnie. Pewne jest jedno – aborcje eugeniczne w Polsce są dokonywane. W majestacie prawa.

Terminacja ciąży

W Warszawie aborcje eugeniczne dokonywane są m.in. w szpitalu klinicznym im. Dzieciątka Jezus przy ul. Lindleya. Kilka miesięcy temu fundacja Stop Aborcji wystosowała oficjalne pisma do dyrekcji szpitala oraz ordynatora oddziału ginekologicznego. – Chcieliśmy dowiedzieć się, na jakich zasadach są w warszawskim szpitalu przeprowadzane aborcje eugeniczne – mówi Mariusz Dzierżawski, członek rady fundacji. – Zapytaliśmy, jak uśmiercane są nienarodzone dzieci, a także jaki odsetek noworodków przeżywa aborcję i co szpital robi w takich przypadkach.

Na pytania dyrekcja odpowiedziała pisemnie. Jak czytamy w udostępnionym nam przez fundację piśmie dyrektora placówki prof. Janusza Wyzgała, aborcje w szpitalu są dokonywane. „Terminacji ciąży (eufemistyczna nazwa aborcji – przyp. red.) dokonuje się jedynie ze wskazań dopuszczonych ustawą. Zgodnie z zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) terminacji ciąży dokonuje się, podając leki wywołujące czynność skurczową macicy, a w konsekwencji wydalenie płodu” – czytamy w piśmie dyrektora. 

Płody w cieplarce

Wspomniana przez dyrektora ustawa pozwala na zabicie dziecka w przypadku, gdy ciąża zagraża życiu matki, jest wynikiem gwałtu, a także gdy „płód jest trwale uszkodzony”. Uszkodzeniem tym może być np. zespół Downa. 

Interesująco wygląda natomiast odpowiedź dyrektora na pytanie dotyczące dzieci, którym uda się przeżyć zabieg. W piśmie czytamy: „Nie stwierdzono przypadku urodzenia żywego płodu” ale też, że „płody zazwyczaj rodziły się martwe”.

Niekonsekwencja wzbudziła zainteresowanie przedstawicieli fundacji. – Jeżeli nie stwierdzono żadnego przypadku urodzenia się żywego dziecka, dlaczego potem pisze się, że zazwyczaj płody rodziły się martwe? Powstaje podejrzenie, że do żywych urodzeń na Lindleya jednak doszło – mówi Dzierżawski. Wątpliwości fundacji wzbudził też opis zaleceń dla lekarzy w sytuacji, gdyby dziecko urodziło się żywe. W piśmie dyrektora szpitala czytamy, że w takiej sytuacji płód należy umieścić w cieplarce. – Chcieliśmy ustalić, co to znaczy. Wysłaliśmy kolejne pisma. Jednak dyrekcja szpitala tym razem odmówiła odpowiedzi, twierdząc, że na wszystkie nasze pytania już odpowiedziała – mówi prezes fundacji.

E-maila do szpitala wysłali również dziennikarze „Gazety Polskiej”.
Do chwili oddania materiału do druku pytania pozostały bez odpowiedzi. 

Więcej w tygodniku „Gazeta Polska”

Żródło: